Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 maja 2016

Najbardziej żenujące 10 kilometrów...; o tym, że nie zawsze musi być dobrze...


Najbardziej żenujące 10 kilometrów...

      Na moim blogu piszę o pozytywnych sprawach. Pokonacsiebie.pl to przede wszystkim mój osobisty motywator, a że lubię dzielić się dobrem to myślę, że i Wy kochani czytelnicy coś bierzecie dla siebie. Ja w każdym razie słysząc/czytając pozytywne słowa od Was mam dodatkową energię do walki. To naprawdę daje chęci do działania.
Pod kątem moich zmagań biegowych, które trwają od pierwszych zawodów w marcu 2013 roku notowałem systematyczny progres. Treningi, kolejne kilometry i miło było osiągać kolejne małe cele. Jednak od jakiegoś czasu dzieje się coś niedobrego. Jeszcze nie wiem co to jest, prawdopodobnie suma różnych wydarzeń. Efekt pojawił się dzisiaj. Nie, źle to ująłem. Dziś dostałem w pysk! I to nie jeden raz... Jednak po kolei.

Dziś pod Poznaniem został zorganizowany lokalny bieg o Koronę Dąbrówki- dystans 10 km. Brałem udział już czwarty raz, stąd pochodzi moja aktualna życiówka 48 min. Od paru dni obserwowałem pogodę na pulpicie telefonu- od soboty miały zacząć się burze i ulewy. Co mogło sprawić mały problem ponieważ te 10 km są do przebycia w lesie. Mocno nie byłem zdziwiony jak obudził mnie intensywny stukot kropel deszczu o parapet. No to pięknie! Jednak po 7 rano przestało. Nie wiem ile padało, ale zastanawiałem się czy jeśli nie za krótko, to czy nie będzie zbyt parno w lesie po ostatnich upałach.
Start o 12, Team pokonacsiebie.pl z nowym członkiem Kubą wystartował punktualnie. Lubię tu biegać, jest to świetna alternatywa do biegów ulicznych, o praktycznie płaskim ukształtowaniu, ale za to z miękkimi ścieżkami. Zapach lasu, piękne warunki do biegania
Cel był prosty, spróbować zameldować się na mecie w okolicach 50 minut i mocno poprawić życiówkę Kuby. Samopoczucie miałem średnie, po ostatnich treningach w komfortowym tempie z dziwnie wysokim pulsem. Zrzucałem to jednak na zmęczenie. Jednak prognostyk był nieprzypadkowy.

1 km- 4:57 min, czyli planowo w tempie założonym. Tempo świetne, ale samopoczucie marne. Teraz jak analizuję w Garmin Connect, okazuje się, że równo po 3 minutach miałem tętno 190 uderzeń na minutę. Wtedy przezornie żeby się nie stresować nie sprawdzałem na ekranie Fenixa tętna... Tak wysokie notuję zwykle pod koniec takiego dystansu. A tutaj po 3 minutach biegu...
2 km-  5:13  Tętno ^ 195...
3 km-  5:15  Tętno ^ 195...
4 km-  5:25  Dyszę jak lokomotywa, mam już dość, przechodzę do marszu (!!!). Kręci mi się w głowie!  PO RAZ PIERWSZY NA TAKIM DYSTANSIE PRZECHODZĘ DO MARSZU. Biegnąc 10 km nawet nie zatrzymuję się po wodę, gnam zawsze do przodu! Monitoruję puls, spada powoli.
5 km-  5:52  Strefa z wodą, biorę i sobie spaceruję, piję powoli, tętno w dół. Znów się lekko kręci!
6 km    6:24  :))))) 6:24 na zawodach! 6 minut 24 sekundy na jeden kilometr, to się nie dzieje, a ja jestem kompletnie wyczerpany, mam kompletnie dość, myśli typu pier... i idę do domu pojawiają się co 30 sekund. Znów spacerek... Jakaś dziewczyna wyprzedzając mnie obraca się i mówi: Dawaj, Dawaj! Miło z jej strony, uśmiecham się, ale ja jedyne co mogę dać, to swoje buty i wracać do domu...
7 km   6:36 Dwa razy przechodzę do marszu, beznadzieja zupełna, dyszę i rzucam przekleństwami pod nosem. Kolejni biegacze mnie wyprzedzają...6:36 to jest mój rekord najwolniejszego kilometra na wszystkich 17 zawodach, w których wystąpiłem na dystansie 10 km.
8 km  6:09 To żenujące widowisko w moim wykonaniu wciąż trwa, a ja liczę każdy metr do mety. Znów marsz, nie mam siły, zaraz usiądę i nigdzie się nie ruszam.
9 km 6:00 Uwaga, proszę zejść z trasy, Grzegorz przyspiesza, będzie kurz!!!! Tętno 197 i kolejny spacerek.
10 km 5:27 :) Poszedłem jak Bolt! Dwa spacerki, ostatni na 300 metrów przed metą... Tętno 200,  wbiegam na metę. ŻENADA, otrzymuję medal pamiątkowy, chowam go zaraz do kieszeni, taki odruch...
Byłem dobrze nawodniony i najedzony. Wypoczęty raczej również. Teraz najlepsze!
CZAS 57:40!!!!!!! 57:40... Czas debiutu trzy lata temu 53:58...
Dużo emocji, jeszcze więcej pytań, co się stało, CO SIĘ DZIEJE? Nie wiem, muszę wszytko przeanalizować, tym bardziej, że to kolejny bieg gdzie moja dyspozycja jest bardzo słaba i praktycznie przez ostatnie cztery zawody nie miałem sił walczyć o wynik.
Podobno najlepiej uczymy się na własnych błędach.



Na koniec dodam, że Bieg o Koronę Dąbrówki to dobrze zorganizowane zawody, ze swoim rodzinnym klimatem i przyjemną trasą. Zachęcam do startowania w przyszłym roku, ja na pewno pobiegnę, muszę pozbierać z trasy część ducha, którego utraciłem...



środa, 18 maja 2016

Biegamy pod Gorzowem Wielkopolskim- JANCZEWSKA10


Halo, halo! :)

CZY JEST TU KTOŚ Z GORZOWA WIELKOPOLSKIEGO I/LUB OKOLIC?

26 czerwca 2016 rusza trzecia edycja Janczewskiej 10!
Pamiętacie Michała, z którym zacząłem biegać? Uwaga, zdjęcie z archiwum ;)


Buty kupiliśmy na tej samej promocji :) 
Ponad dwa lata temu Michał podjął się wyzwania zorganizowania zawodów biegowych w swojej miejscowości (Janczewo, parę kilometrów od Gorzowa Wielkopolskiego) Wtedy okazało się ile stworzenie takiej imprezy wymaga umiejętności, wiedzy, czasu i środków finansowych. 
Obydwie edycje z punktu widzenia organizacji udały się i zebrane opinie od zawodników również były pozytywne. 
W tym roku poziom organizacji wejdzie na kolejny level i zapewniam, że zawodnicy oraz ich rodziny na pewno będą zadowolone ze spędzonego w Janczewie czasu. Zabrzmiało to jak hasło reklamowe zachęcające do zapłacenia wpisowego, nie, nie, nie. Sam brałem udział w kilkudziesięciu imprezach sportowych i myślę, że obiektywnie mogę stwierdzić, iż Janczewska10 warta jest spróbowania. Z resztą widzimy po zgłoszeniach, że zawodnicy wracają do nas :)
W zeszłym roku, w biegu głównym na 10 km wystartowało 213 osób, a w Nordic Walking na dystansie 5 km 56 osób. Nie trzeba chyba mówić jak wygląda komfort biegu z 213 osobami na trasie, a jak z 3000 :) Szczególnie jeśli chcemy powalczyć o życiówkę :D
To co wyróżnia Janczewską to lokalny klimat, taki SLOW LIFE, życzliwość mieszkańców, ciasta na mecie!!! i niekomercyjny charakter imprezy. Michał postarał się jak zwykle o koszulki w pakiecie startowym (35zł), świetne medale i tradycyjnie sporo klasyfikacji medalowych.
Zatem zachęcam do wystartowania i przybicia piątki w Janczewie :))


www.JANCZEWSKA10.pl



poniedziałek, 23 listopada 2015

Dziewicza Góra

     

DZIEWICZA GÓRA

        Ostatnie dwa miesiące były słabe jeśli chodzi o systematyczne treningi. 62 km we wrześniu i 98 km w październiku. W listopadzie miałem nawet przerwę 10 dni, ale nie wypocząłem w tym czasie. Od paru tygodni czuję, że funkcjonuję już na oparach, totalnie przemęczony, brakuje mi sił i przede wszystkim chęci do systematycznego trenowania. Marzę o urlopie, o totalnym nic nierobieniu, ale to dopiero w przyszłym roku. Rozpoczyna się grudzień, a to w handlu najlepszy okres- czytaj, więcej pracy i godzin w firmie...
        Jakiś czas temu szukałem biegu  w trudniejszym terenie i okazuje się, że prawdopodobnie najtrudniejszy bieg na 5/10 km w Wielkopolsce ma miejsce paręnaście kilometrów od mojego domu:) Dosyć długo zwlekałem z zapisem ze względu na stan mojego organizmu..., ale w końcu zapisaliśmy się z Kubą.
Dwa dni przed startem wyszedłem przebiec 5 km w tempie 5:10. Po 3 kilometrach pobiegłem do domu... Fatalne samopoczucie, brak siły i zdecydowanie za wysokie tętno. No cóż, organizmu nie oszukasz. Jednak wciąż miałem nadzieję, że na Dziewiczej Górze (zajrzycie) tragedii nie będzie :)
        Praktycznie przez cały tydzień padało. Chmury miałem wrażenie, że też wisiały nad moim samopoczuciem, jednak postanowiłem pobiec. Kuba już czekał przygotowany i zrobiliśmy krótką rozgrzewkę, oczywiście w deszczu skacząc, po to aby nie wdepnąć w kolejne kałuże. Po chwili staliśmy na mecie.
         Po 1 kilometrze sapałem jak stara lokomotywa i co nigdy mi się nie zdarzyło, marzyłem o tym żeby znaleźć się już w domu. Tętno jakbym finiszował po mocnym biegu. Podbiegi ciężkie, szczególnie te dwa na 2,4 i 4 kilometrze.


         Na zbiegach mokro, gdzieniegdzie błoto, wszędzie mokre liście, trzeba bardzo uważać żeby się nie wyłożyć. Na czwartym kilometrze człowiek myśli, że zaraz meta (na dystansie 5 km), a tutaj pionowy podbieg, który rzuca na kolana. Po tym przychodzi piękna nagroda, wąski odcinek na lekkim zbiegu między wysokimi krzakami, specyficzne wrażenie, po czym ultra stromy zbieg gdzie ledwo nadążałem stawiać kroki, a nie miałem odwagi na skyrunning :D
       W końcu meta, Kuba paręnaście sekund przede mną, widziałem go cały czas, ale nie byłem w stanie dogonić. Swojego wyniku nie komentuję, jednak  jestem dla siebie wyrozumiały. To nie były optymalne warunki psychofizyczne, muszę odpocząć żeby wrócić silniejszy. Myślę, że zacznę za parę/paręnaście tygodni właśnie od Dziewiczej Góry. Zachęcam do zmierzenia się z tym odcinkiem- Garmin pokazał mi 147 metrów podbiegów na dystansie 5 kilometrów, kto by pomyślał, że takie miejsca na mapie płaskiej Wielkopolski :)
Zajrzyjcie II Grand Prix Dziewiczej Góry w Biegach Górskich 2015/2016. Bardzo przyjemne lokalne zawody dla tych co chcą spróbować czegoś  innego niż bieganie po równym i nudnym  asfalcie. Oczywiście trzeba dodać, że skala trudności jest znacznie wyższa, jednak zdecydowanie warto podjąć wyzwanie :) Brawa też dla organizatorów za świetny klimat i organizację.


       Kuba pewnie to czytasz, napiszę oficjalnie- gratuluję progresu, jest moc, oby tak dalej :)

sobota, 24 października 2015

Pacemaker na CITY TRAIL


Pacemaker na CITY TRAIL

        Stało się. Zupełnie nieplanowany bieg w poznańskim City Trail. Lubię tu wracać, ponieważ właśnie w tych zawodach rozpoczynałem przygodę z zawodami biegowymi. Prawie trzy lata temu nazywały się z biegiemnatury :) Oprócz nazwy zmieniła się jeszcze frekwencja, od tamtego czasu startujących biegaczy jest ponad 2 razy więcej. Dziś nawet padł rekord- metę przekroczyło ponad 1200 osób. Zacznijmy jednak od początku :)
           Po ukończonym maratonie zupełnie nie planowałem startów w tym roku. Zupełnie przypadkowo rozmawiając z Kubą, który od paru miesięcy ostro wziął się za treningi i jest świeżym zapalonym pełnoprawnym biegaczem, postanowiliśmy wspólnie wystartować w kolejnej edycji City Trail. Miał to być debiut Kuby w oficjalnych zawodach :)
            Pomyślałem, że bardzo chętnie tam wrócę i stało się oczywiste, że pobiegnę w innej roli niż zwykle. Zwykle to znaczy w pogoni za coraz lepszym czasem, za poprawą życiówki. Tym razem stałem się oficjalnym, prawdziwym i jedynym w swoim rodzaju Pacemakerem lub jak kto woli Zającem. Przyszedł czas na wykorzystanie mojego skromnego doświadczenia i poprowadzenia Kuby do CELU. A cel wybrał sobie konkretny, czyli pobicie o ponad dwie minuty życiówki, a w tym przypadku przekroczenie mety w czasie poniżej 25 minut netto. Ha!
      Z jednej strony odważnie, ale w końcu do odważnych świat należy, a Kuba odkąd go znam lubi stawiać sobie konkretne wyzwania. Skoro takie jest życzenie! To zrobimy wszystko żeby to się udało!
     Dzień przed dzisiejszym debiutem lekko zaniepokoił mnie fakt ile osób miało wystartować. Pierwotnie 1064, a ostatecznie ponad 1200! Ścieżka wokół jeziora ma szerokość od 4 do w porywach 7 metrów, więc można sobie wyobrazić ten ścisk. Jednak organizatorzy perfekcyjnie zorganizowali start ustalając 4 grupy zawodników poniżej 22, 25, 28 i powyżej 28 minut. Każda grupa startowała w odstępach czasowych- świetne rozwiązanie.
      Postanowiliśmy, że wystartujemy w grupie poniżej 28 minut gdzie miało być teoretycznie najluźniej. Była to doskonała decyzja!


Pach!!!
Ruszyliśmy!
Kuba wystrzelił jak z procy! Energy! Spokojnie!
W planach mieliśmy przebiec pierwszy kilometr w okolicach 4:55, wiedząc, że 2 i 3 kilometr mają lekki podbieg i być może tam lekko zwolnimy.
1 km- piękne dokładne 4:52,3, koncertowo.
Kolejny kilometr to delikatne planowe zwolnienie przy nie dużym, długim podbiegu, ale też nadrobienie na małej górce w dół.
2 km- 4:57,6, pięknie!


Kolejny to DOGONIENIE poprzedniej grupy zawodników (!!!) i gra w wymijanie bokami trasy, kontrola samopoczucia Kuby: " Jest dobrze!".
3 km- najsłabiej, ale wciąż poniżej piątki, 4:59,4, no to już mamy ponad 10 sekund w kieszeni luzu!
Kolejny to wciąż solidna praca nad równym tempem i kontynuacja wymijania. Wdech, wydech, wdech, wydech!!!
4 km- Garmin pokazuje 4:54,5. Już się cieszę, nic nie mówię, Kuba jak się czujesz: " ŻYJĘ"!
Aaaaa, zatem, ciśniemy ostatni kilometr, gazu!! 600 metrów do końca, Garmin wciąż tempo pokazuje poniżej 5 min/km, 300 metrów, ktoś krzyczy ile jeszcze, 150 metrów!!! Wybiegamy na ostatnią prostą KUBAAAAA CIŚNIIIIIJJJJJJJJ!!!!!  DAJE  Z SIEBIE WSZYSTKO, WPADAMY NA METĘ!!!! Ostatni, piąty kilometr najszybszy, 4:50,3 min/km.
CZAS NA MECIE 24:38 minut!!!!!!!!!!!!
Kuba, mistrzowski debiut, zrobiłeś to, ZDEMOLOWAŁEŚ swój cel. Jestem dumny, że mogłem w tym uczestniczyć, dziękuję :) 
Dla spostrzegawczych bieg dedykuję Marcie i Mikołajkowi  :)


niedziela, 31 maja 2015

Zawody 10km- Bieg o Koronę Dąbrówki



      Ani człowiek się nie obejrzy, a tutaj połowa roku za nami. Kolejne treningi, a w nagrodę zawody. Ostatnie tygodnie to strasznie mało czasu na treningi. Praca w firmie i praca w domu. Dlatego też po raz pierwszy zrezygnowałem w zeszłym tygodniu z zawodów. Półmaraton w Tarnowie Podgórnym czyli Bieg Lwa oceniłem, że nie był na moje siły w tym czasie. Czy żałuję? Trochę tak, bo biegłem tam rok temu i zawody dobrze wspominam. Świetna organizacja, ciekawa trasa i to "coś" gdzie człowiek chce wracać. Jednak pod kątem sportowym była to dobra decyzja.
     Tymczasem dziś odbyła się już piąta edycja biegu o Koronę Dąbrówki. Z dystansem 10 kilometrów mierzyłem się trzeci raz. Do Dąbrówki mam szczególny sentyment, ponieważ to jest moje miejsce treningowe :) Nie biegam może dokładnie po trasie zawodów, ale praktycznie 99% moich wypadów biegowych odbywa się właśnie tu.
     Cała trasa przebiega ścieżkami leśnymi, w większości utwardzonymi, choć nie raz but potrafi wpaść w grząski piasek. Dlatego też nie jest to idealna trasa do ustalania swoich życiówek. Paradoksalnie właśnie tutaj, rok temu, przebiegłem 10 kilometrów w najlepszym czasie. Stąd też dziś miałem nadzieję, że czas będzie lepszy. Po kolei..
   Na plus Dąbrówce trzeba na wstępie oddać to, że pakiet startowy można było odebrać 50 metrów od startu i praktycznie wydawali je do samego wystrzału z armaty sygnalizującego start. Na minus, że koszulka w rozmiarze M jest mniejsza niż inne w rozmiarze M- szkoda :( Największe wrażenie zrobił na mnie sok z kiszonych buraków- dzięki ;)
    Start.
Tutaj stawiło się 460 biegaczy. Ścieżka ma szerokość około 5 metrów. Dzieląc tłum w skali od 1-10, ustawiłem się gdzieś w 4 sektorze od startu. Nie chciałem nikomu przeszkadzać, temu kto biegnie szybciej i sam nie chciałem też robić slalomu przy wyprzedzaniu biegnących na czas 1h...
Wystrzał z armaty był tak głośny, że przypuszczam iż okna trzęsły się w promieniu 5 kilometrów. Ruszyliśmy. Tryb spacerkowy. Nordic Walking? Nie, oni startują po nas...
Sporo osób do wyprzedzenia, a kiedy stałem czekając na wystrzał mnóstwo ludzi pchało się do przodu. Specjalnie zapamiętałem numery aby później sprawdzić jaki mieli czas- tak, powinni startować z końca... No cóż, nie wszyscy stosują Savoir Vivre. Na plus dla własnego EXP- dobrze, że założyłem na nos okulary. Przydały się w penetracji tumanów kurzu :P
     Wracając do własnego biegu ;)
Mój Garmin dziś kompletnie nie stanął na wysokości i z resztą organizm też.
W planach było utrzymanie 4:50 do mety. Udało się to do 5 kilometra. Później było tragicznie. Na tyle źle, że nawet Fenix zfiksował. Ta trasa, ma o jakieś 100 metrów więcej- sprawdzone parę razy. Tym razem zegarek pokazał 9,87 km... W pewnym momencie wyświetlił nawet przez parę sekund ponad 6:00. Człapię po trasie i mówię, no k...., niemożliwe!!! Ten elektroniczny wynalazek dziś by NIE ZAREJESTROWAŁ potencjalnej życiówki- może i dobrze, że tak słabo poszło?! ;)
      Co ciekawe opadłem z sił w tym samy momencie co na 10 km w Swarzędzu. No cóż, trzeba  się bardziej przyłożyć na treningach :)
Podsumowując. Organizacja biegu ogólnie była na dobrym poziomie, przynajmniej to co zauważyłem. Dąbrówko do zobaczenia za rok!



niedziela, 17 maja 2015

Od początków biegania do organizacji zawodów- JANCZEWSKA10




      Od paru lat pracuję w tej samej firmie z Michałem. Świetny człowiek,  bardzo skrupulatny, wzór wysokiej umiejętności organizacji czasu i realizacji zadań.
Ponad dwa lata temu zachęciłem go do rozpoczęcia treningów biegowych, a parę miesięcy później namówiłem do wspólnego debiutu w zawodach na 5 kilometrów. Były to tamtejsze zbiegiemnatury.pl, a dzisiejsze citytrail.pl. Na mecie tradycyjnie był przede mną :)
Później już wydłużaliśmy dystanse i pobiegliśmy w paru biegach na 10 kilometrów i półmaratonach. W większości wyglądało to tak, że Michał eskortował mnie do mety- nadzieja polskiego sportu!
      Zwracaliśmy uwagę na organizację zawodów od strony technicznej. Analizowaliśmy czego brakowało albo co stało na dobrym poziomie. Poniekąd naturalną koleją rzeczy (ale też odważną, ponieważ niewielu wpada na taki pomysł i go realizuje) był pomysł Michała- "chcę zorganizować zawody"!
      Od postanowienia (o ile dobrze pamiętam z siedem miesięcy przed zawodami) błyskawicznie przeszedł do realizacji. Kto ma doświadczenie doskonale wie, że tematów które należy przygotować, podpisać, zawrzeć, załatwić itp., itd. oraz przeciwności, z którymi trzeba się zmierzyć, zanim biegacze ruszą ze startu są setki. Nieśmiało przyznam, że miałem drobny udział w przygotowaniach, ale był to tylko  pierwiastek przy ogromnie zadań, które Michał musiał z powodzeniem wykonać.
Zawody odbyły się w Janczewie, kilka kilometrów od Gorzowa Wielkopolskiego. Otrzymaliśmy mnóstwo pozytywnych informacji zwrotnych, a w samych zawodach ( bieg na 10 km i 5 km Nordic Walking) wystartowało 215 zawodników. Oprócz mocnej ulewy tuż przed startem, wszystko poszło według planu.
       No cóż, nie było innej możliwości aby na bazie doświadczenia z zeszłego roku zorganizować drugą edycję. Z resztą decyzja zapadła już dawno :)
Ucząc się na błędach, ale także chcąc poprawić poziom z "dobrego" na "bardzo dobry" 21 czerwca  o godzinie 12 wystartuje druga edycja Janczewskiej10.
Zapraszamy chętnych, trasa jest zróżnicowana, nie należy co prawda do najłatwiejszych, ale w końcu do odważnych świat należy ;) Poza tym zapewniamy rodzinną atmosferę, bardziej klimatyczną niż w zawodach w "dużych" miastach. Zapraszamy na nową lepszą Janczewską10
 DO ZOBACZENIA :)

sobota, 18 października 2014

Poznań Maraton- jeszcze nie teraz :(:(:(


     Sportowym celem na ten rok miało być ukończenie maratonu. Niestety kontuzja złapana w czerwcu wydłużyła się bezlitośnie. W lipcu, sierpniu i wrześniu przebiegłem w sumie około 55 km :) Czyli nic! Przypuszczam, że więcej wydreptałem w pracy.
Jednak miałem do końca nadzieję, ale absurdem byłaby próba przebiegnięcia takiego dystansu bez przygotowań.
Decyzja została podjęta- nie biegnę. Debiut będę musiał przesunąć na następny rok. Z nogą coraz lepiej. Mogę już nawet przebiec dystans 5 kilometrów. Na drugi jednak dzień kolano boli.
Jakie było moje zdziwienie gdy okazało się, że w Poznań Maraton nie można przepisać pakietu startowego. Trochę szkoda, ponieważ opłata startowa była nie mała. No cóż, postanowiłem, że w sobotę (dzień przed maratonem) odbiorę chociaż pakiet. W zestawie była świetna koszulka i mały plecak. Biuro zawodów mieściło się na Targach Poznańskich, więc jak łatwo się domyśleć producenci butów i odzieży sportowej byli obecni.
      Oglądając kolejne buty do głowy wpadła mi myśl! To, że wiem iż nie dam rady przebiec tego maratonu nie wyklucza faktu, że przecież mogę przebiec parę chociaż parę kilometrów!!! Od razu zrobiło mi się lżej na sercu :)
Udało się przestawić niedzielne zmiany w pracy i... do zobaczenia w niedzielę na starcie!!!
Niedzielny poranek.
Zawsze przed zawodami mam lekką nerwówkę- no cóż, bez względu na wszystko zawsze gdzieś tam w głowie jest myśl żeby pobiec jak najlepszy czas. Tego dnia było inaczej. Głównie dlatego, że założenie było takie, aby przebiec 5-10 km w wolnym tempie. Dystans miał zależeć od samopoczucia. Dodatkowo po biegu jechałem do pracy (tak, niedziela, handel). Poza tym zapowiadał się wymagający tydzień, więc nie mogłem pozwolić sobie mocno się zmęczyć.
Na starcie stawiłem się razem z Michałem B., który również debiutował z hasłem "ukończę bez względu na wszystko":)
Ludzi mnóstwo, jeszcze nie brałem udziału w zawodach gdzie startowało tylu biegaczy/czek.
Biegliśmy spokojnym tempem 6min/km. Bez stresu, komfortowo. Dużą atrakcją tegorocznej edycji było przebiegnięcie przez murawę boiska Lecha Poznań na około 6 kilometrze. Nie mogliśmy nie zrobić sobie selphie ;) Nie najgorzej wyszło ;)
       Cały czas monitorowałem nogę. 7, 8 kilometr czułem się dobrze. Kolejne punkty żywieniowe, izotonik, czekolada. Różne myśli w głowie, a może spróbować? Ukończyć? Za duże ryzyko. Z resztą spoglądam na zegarek, na nim dystans 10 km, to najdłuższy dystans od czterech miesięcy. Odczuwalny ból w prawym kolanie. "Michał, na tym nawrocie biegnę do domu". Zszedłem na 16 kilometrze, myślę, że rozsądnie, chociaż serce krzyczało: BIEGNIEMY. Jednak za duże ryzyko, a w głowie pytanie jak się będę czuł jutro rano. Przybijam piątkę Michałowi, zadzwoń jak będziesz na mecie.
Po jakimś czasie Michał zadzwonił PRZEBIEGŁEM-  z odciskami i skurczami, ale szczęśliwie na mecie. Jestem Maratończykiem :)  Zazdroszczę- ja dopiero w przyszłym roku!
Poniedziałek.
Budzę się rano, ostrożnie stawiam nogę, zmęczona, ale nie boli- szczęśliwy! WRACAAAAAM!!!


niedziela, 29 czerwca 2014

II Bieg Piotr i Paweł- 10 km


Od czego by tu zacząć... Hmm...
Druga edycja i drugi mój start w II edycji biegu Piotra i Pawła. Relacja z pierwszego tutaj.
Z 2013 tego pamiętam przede wszystkim upał. Liczyłem, że w tym roku będzie inaczej ;)
Pakiet odbierałem dzień wcześniej. Przebiegłem wtedy 5 kilometrów w pełnym słońcu. W nocy mocno wiał wiatr, do tego padało więc pojawiło się prawdopodobieństwo, że warunki będą całkiem przyjemne; a po przebudzeniu za oknem zobaczyłem zachmurzone niebo.
Od tygodnia coś niedobrego dzieje się z moją nogą. Boli mnie, ale nie potrafię tego konkretnie nazwać gdzie. Najlepsze określenie to "za kolanem, na zgięciu nogi". Nie wiem co to jest, ale doskwiera na każdym kroku. Postanowiłem, że zrobię sobie przynajmniej z tydzień przerwy od treningów.
Jeszcze nie skończyłem narzekać :> Od paru dni bierze mnie przeziębienie. Boli mnie głowa, ciężko się oddycha, wszystko źle, chodzę i narzekam. Dlatego też dzisiejsze zawody zapamiętam średnio...
Noga krzyczała: Odpuść! Samopoczucie fizyczne: Odpocznij/wylecz się. No i co? Pojechałem oczywiście!!!!
Próbowałem rozbiegać ból w nodze (!!) i w 80% to się udało. Po drodze spotkałem Krasusa z www.biecdalej.pl z kompanami. To istny Ironman!! Jak się okazało był czwarty w klasyfikacji generalnej na 811 osób! Pozazdrościć :D
Podreptałem na start i czekaliśmy spokojnie na rozpoczęcie. 12:00, bez odliczania i nagle wystrzał! Biegniemy!
1,2 km według planu, 4:50.
3 km- słońce praży, 26 C, w niektórych miejscach wiatr ustał, duszno, 4:58
4 km- noga boli, czuję ból w każdym kroku. 4:49
5 km- zaczynam odczuwać zmęczenie, jeszcze ten podbieg i później następny
6 km- biegnę wolniej niż wczoraj po odbiór pakietu :)) Jak to w ogóle możliwe!! 5:14!!!
7 km- biegnę wolniej niż gdybym biegł do sklepu po bułki :) 5:21
8 km- wciąż biegnę spacerowym tempem po bułki. wciąż 5:21. Dyszę jak parowóz!!! Tyle treningów/kilometrów za mną, a Suunto pokazuje 5:21!!!! A ja nie mam sił przyspieszyć :) Sporo osób przechodzi do marszu, pogoda nie tylko mi daje się we znaki...
9 km- beznadzieja, 5:16, za parę kroków minę znak "za 1 km meta"
10 km- zły na siebie (pisząc kulturalnie), człapię jakbym pierwszy raz biegł. Szokuję sam siebie i na ostatnich 100 metrach przyspieszam i wpadam z czasem netto 51:07 na metę. Absolutna beznadzieja.
Miejsce 285 na  811 startujących.


Miała być walka o życiówkę, w sumie nawet była, ale tylko do 3 kilometra... Wynik mnie absolutnie zawiódł jak nigdy dotąd. Powodów widzę kilka, ale nie ma sensu się rozliczać czy rozczulać nad sobą.
 Muszę odpocząć, zregenerować i naprawić się.
 Psychicznie? Demotywacja wynosi 10/10. Tak źle jeszcze nie było... Jednak jestem POKONAĆ SIEBIE, więc już szukam wiatru i DO PRZODU!!!!!!!!!


środa, 25 czerwca 2014

Pierwsze własne zawody- JANCZEWSKA10


JANCZEWO, 22.06.2014.
Ten dzień był wyczekiwany przez nas od kilku miesięcy. Od decyzji zorganizowania zawodów minęło sporo czasu.  Posiadaliśmy tylko doświadczenie z udziału w  około 20 imprezach biegowych ( i jednym triatlonie ;), ale przede wszystkim ogromną dawkę motywacji i chęci. Na drodze spotkaliśmy wiele życzliwych ludzi.
Dziś już spoglądamy na to wszystko co się wydarzyło z perspektywy czasu. Ilość pozytywnych opinii absolutnie nas zaskoczyła :)
Stres przed imprezą był bardzo duży, teraz już możemy powiedzieć: wszystko się udało. Michał, dyrektor biegu, odwalił kawał ogromnej roboty, z duża pomocą Kamili. Staraliśmy się wykorzystywać te dobre pomysły, które podpatrzyliśmy w innych miejscach- w końcu jeśli się uczyć, to od najlepszych.
Brakowało jedynie wisienki na torcie, którą miał być film nakręcony z motolotni, lecz przez niekorzystne warunki pogodowe nie wyleciała z hangaru- jak nie teraz, to na pewno w przyszłym roku się uda.
Kto nie był u nas niech żałuje, ale nie musi się martwić, ponieważ będzie miał okazję wystartować w biegu lub Nordic Walking w przyszłym roku :)




Rozgrzewka przeprowadzona przez Fabrykę Formy. Mocna i konkretna!


Sam dyrektor w TV! Udało nam się zainteresować TVP :)


A co z samym biegiem/marszem? No cóż, życiówki nie było i raczej też się jej nie spodziewałem. 5 minut przed startem nastąpiło oberwanie chmury. Lało strasznie! Temperatura około 15 stopni. Jak prawie przestało wszyscy wyszliśmy z ukrycia, stanęliśmy na starcie i wystartowaliśmy czym prędzej. Dość szybko porobiły się kałuże i przy próbie wyminięcia jednej prawie zwichnąłem kostkę (co dziwne, sama kostka nie boli, za to mam mały problem z kolanem i na zgięciu nogi/kolana...  ). Zaletą opadów deszczu było to, że bardzo miękki piasek na dość stromym i dłuuużącym się podbiegu został lekko utwardzony. Deszcz z resztą padał cały czas, ale to mi zupełnie nie przeszkadzało, z resztą wydaje mi się, że inni biegacze też nie narzekali. Jedynie trochę rozczarowani mogli być kibice, ale mimo wszystko z uśmiechem nas dopingowali, a szczególnie jedyna w swoim rodzaju Marta :)
Po weryfikacji trasy wiedzieliśmy, że ten odcinek będzie najtrudniejszy, ale na szczęście woda zmniejszyła poziom trudności. Cała trasa obfitowała jeszcze w parę krótszych podbiegów oraz zbiegów.
Niestety nie mam dostępu do statystyk z biegu, ponieważ aplikacja do zgrywania treningów znów w Suunto nie stanęła na wysokości zadania. Z ogólnej klasyfikacji/czasu wynika, że biegłem ze średnią 5 min/km. Biorąc pod uwagę poziom trudności trasy, nie będę narzekał :)
W zawodach wzięło udział 215 osób, myślę że jak na pierwszą edycję to wynik zadowalający. W przyszłym roku na pewno będzie nas startowało przynajmniej dwa razy więcej. Na pewno o to się postaramy!



niedziela, 1 czerwca 2014

Janczewska 10


Halo!
Chciałbym zaprosić biegaczy i nordic walkerów na NAJWAŻNIEJSZE ZAWODY w tym roku. 
Bieg na 10 kilometrów oraz 5 kilometrów dla kijkarzy. Bardzo urozmaicona trasa składająca się z dwóch pętli.  Zawody odbędą się parę kilometrów od zabieganego Gorzowa Wielkopolskiego.
Organizatorem jest Michał, mój biegowy kolega. Kto czyta bloga miał okazję go już poznać ;)
Mam swój skromny udział, staram się pomagać ile mogę. Tak naprawdę Michał jest specjalistą, więc na pewno będzie to udana impreza sportowa.
Zebraliśmy trochę doświadczenia podczas udziału w różnych zawodach i będziemy chcieli to wykorzystać w organizacji Janczewska 10. 

W pakiecie startowym (koszt tylko 30 zł) będzie znajdować się między innymi techniczna koszulka. Liczymy na to, że będzie się podobać :)
Po za tym na samej imprezie postaramy się zadbać o biegaczy i ich rodziny oraz znajomych.
Pomiar będzie przeprowadzony przez profesjonalną firmę, która również będzie odpowiedzialna za zdjęcia.
Jeśli pogoda na to pozwoli to zdjęcia będą również wykonywane z lotu ptaka!
Profesjonalną rozgrzewkę przed startem przeprowadzi trener z Fabryki Formy.
Z racji tego, że jest to bieg o miecz Kasztelana Santockiego, będzie on  wręczony szczęśliwemu zwycięzcy biegu oraz Nordic Walking. Przedwczoraj został wykuty. Jest piękny!


Na stronie www.janczewska10.pl zgromadziliśmy wszelkie potrzebne informacje razem z zapisem wideo z trasy.
Przygotowujemy wiele atrakcji i mamy nadzieję, że będziecie z nami.

niedziela, 25 maja 2014

Bieg o koronę Dąbrówki 25.05.14. UDANY ;)


    Dziś kolejny start według harmonogramu startów :) Drugi raz wystartowałem w moje okolicy, to jest w biegu na 10 km w biegu o koronę Dąbrówki. W zeszłym roku była fatalna wietrzna z deszczem pogoda, 12C. (tutaj relacja). Z kolei dzisiejsza niedziela była słoneczna, z lekkim wiatrem i temperaturą 24C na termometrze. Paradoksalnie gorsza pogoda była lepsza. Lepsza dla biegacza, ale gorsza dla kibiców. Dziś było odwrotnie, ale po kolei.
      Dla mnie dużym plusem było to, że mogłem sobie pozwolić wyjechać z domu na 40 minut przed startem. W tym czasie zdążyłem jeszcze przebiec z 1,5 kilometra, odebrać pakiet startowy (organizacja świetna, wszystko przebiegło sprawnie) odnieść do samochodu i jeszcze potruchtać. Tak potruchtałem, że zbyt późno pojawiłem się na starcie i zająłem miejsce gdzieś w tyłach całej stawki. Wiecie co to znaczy pewnie,
 z reguły trzeba przeciskać się między osobami, które biegną ciut wolniej.
Aaaa! Muszę koniecznie wspomnieć o koszulce, która znalazła się w pakiecie startowym! Jedna z najciekawszych i najładniejszych! Świetny pomysł z GRAFIKĄ/DESIGNEM i KOLOREM :)


Odliczanie, 3, 2, 1. Wystartowaliśmy. Będąc tak daleko w tłumie przespacerowałem się spacerkiem do startu i jeszcze parę metrów za :)
Powoli zaczęło robić się miejsce i starałem wykorzystywać luki żeby przebić się do przodu.
Zakładałem tempo  4:53, to pozwoliłoby mi poprawić życiówkę.
1 km
Tempo 5:00.  Na dzień dobry przez wolny start strata, będzie trzeba odrabiać
2 km
Tempo 4:52. Zrobiło się już luźniej, choć cały czas wymijam. Wczorajsze opady deszczu chyba tu nie dotarły. Miękki piasek, czasami mnóstwo kurzu, trzeba uważać na wystające korzenie. Tak, po asfalcie jest łatwiej, ale też przewidywalniej.
3 km
Tempo 4:49. Czuję się dobrze. Warunki średnie. Jest duszno, sucho, 50/50% słońce/cień. Cel: jak najszybciej i częściej chować się w cieniu.
4 km
Tempo 4:51. Który to jest kilometr i kiedy będzie woda?
5 km 
4:52. Trzymam tempo, zadowolony, ale zaczynam już odczuwać zmęczenie. Punkt z wodą, wylewam na głowę, nie piję, żeby nie kombinować z oddechem.
6 km
Tempo  4:54. Czuję, że zwalniam, ale nie ma tragedii. Pogoda doskwiera.
7 km
Tempo 4:50. Czuję, że zwalniam, a tu trzymam równo tempo, pozytywne zaskoczenie. Dyszę jak stary parowóz.
8 km 
Tempo 4:54. Ogarnia mnie ogromne zmęczenie. Mam wrażenie, że robię mniej kroków, ale za to dłuższe. To tylko można sprawdzić w garmin fenix 2 ;)
9 km
Tempo 5:04. Zaczyna robić się bałagan. Opadam z sił, ledwo zipie. Słońce, kurz, duchota, 25C i te obrzydliwe wszędobylskie muchy!!!! :P
Zobaczcie częstotliwość oddechu ;)



10 km
Tempo 4:49. Patrzę na czas i szybko obliczam: za około 1 km meta. Nareszcie! Za zakrętem pojawia się pierwsze oznaczenia na trasie! 800 metrów, 600, 400, 200, META! Patrzę na czas na zegarku i w sumie średni. Za chwilę przełączam i... Garmin w zeszłym roku nie pomylił! Wtedy pokazał około 10,15 km, a dziś Suunto 10,3. Podsumowujący, ŻYCIÓWKA 48:56.  Czas z przed roku poprawiony o 31 sekund. Miło jest ustanawiać swój rekord w pobliżu domu :) Na mecie mnóstwo uśmiechniętych ludzi, spiker gratulujący wszystkim wyników, woda i izotoniki. A wcześniej spotkałem Anię z podstawówki i Joannę :) Same pozytywy, a teraz regeneracja. Suunto zarządził 44 h recovery :)
Organizacja biegu na naprawdę dobrym poziomie, zapraszam wszystkich za rok. Ja na pewno znów wystartuję :)




poniedziałek, 19 maja 2014

Półmaraton- BIEG LWA



       W poprzednim poście już trochę ponarzekałem na nawałnicę w pracy oraz mało treningów w ostatnich dwóch tygodniach, więc teraz już nie będę się powielał ;)
W sobotę padało cały czas, zapowiedź pogody na niedzielę była taka sama. Po przebudzeniu ujrzałem te same szare chmury co w poprzedni dzień. Po raz pierwszy przed zawodami zacząłem coś kręcić pod nosem, że niby mi się nie chce nawet biec. Może na to wpłynęła pogoda, ale wydaje mi się, że niekoniecznie...
       W każdym razie zbliżała się godzina wyjazdu, a za oknem ulewa. Planowałem, jeśli tak będzie lało to nie startuję- tym bardziej, że lekkie osłabienie może przerodzić się w grypę itp. Później okazało się, że Michał miał podobne myśli ;)
Jednak  mimo różnych niesfornych myśli, stawiliśmy się w Tarnowie Podgórnym po odbiór pakietów.

        W zestawie świetna czapka i fajny mały plecak- na pewno się przydadzą. Świetna organizacja, wolontariusze pomocni, pomagali albo wręcz przekierowywali do toalet jeśli gdzieś były przeludnione.
Na zewnątrz budynku trwały "targi", parę straganów, ale oprócz odżywek nic ciekawego. Atmosfera jednak bardzo sympatyczna, sporo biegaczy i no cóż, rosnąca chęć do biegania. Wreszcie lekko rozbudzona, ponieważ ostatnio bywało różnie.
      Poszliśmy tradycyjnie się rozruszać i chyba przegapiliśmy oficjalną rozgrzewkę ?? 
Już gotowi na starcie i wpatrzeni w zegar. 13:59:59. 14:00, 14:00:30. Stoimy. 14:01:30- spiker krzyczy" START". Lepiej późno niż wcale, a my wolno ruszyliśmy i nagle huk armaty ;) Lekka desynchronizacja :D
      Odnośnie półmaratonu założenia mieliśmy raczej spokojne, bez konkretnych oczekiwań, a Michał z zatkanym nosem. No dobra było pewne założenie- 5:25 min/km.
Trochę opowiem Wam o trasie. Do przebiegnięcia mieliśmy trzy pętle, a w tym jedna nawrotka, niecałe 60 zakrętów (!!!) i dziesiątki podbiegów. Dlatego też trasę można uznać za urozmaiconą. Z racji obecności aż trzech pętli była atrakcyjna dla kibiców- było ich wielu, wszyscy pięknie kibicowali, jestem pod ogromnym wrażeniem. Strażacy zafundowali nawet gdzieś po drodze mgiełkę- pogoda, pomijając czasem drażniący wiatr, była udana.
      Do około 9 kilometra biegliśmy według planu. I wtedy stało się, Michała dopadła kolka. Przeszliśmy do marszu i ciut podreptaliśmy.  Trochę przeszła i szybko nadrobiliśmy stracony czas, ale nie na długo. 11 kilometr znów atak kolki i  12,5 km, i 14 km. Na 14 maszerowaliśmy z 1,5 minuty. Pewnie wiecie jak to coś jest uciążliwe. Podobno No-spa totalnie eliminuje możliwość jej wystąpienia- tak mówi pani doktor Agnieszka :) Trzeba to wypróbować!
Na 14 kilometrze Michał  wkurzony ciągłym stawaniem chciał żebym pobiegł do przodu sam. Pobiegłem. Starałem się trzymać założonego tempa. Na ponad 2 kilometrach biegłem równo z pewną dziewczyną- może to czytasz- dzięki za równy bieg..
Od 18 kilometra czułem już coraz większe zmęczenie i zacząłem zwalniać. Podbiegi były zmorą, ale co zrobić przecież należą one do elementu trasy :) Zacząłem powoli odliczać, czego wcześniej nie robiłem. 
Finisz był bardzo przyjemny, ostatnie 200 metrów to był bieg przed lwem- ile sił w nogach na stadionie przy pełnych trybunach :) Ostatecznie zabrakło parędziesięciu sekund do pobicia życiówki- ale na to jeszcze będzie czas.


Za linią mety okazało się jak bardzo chciało mi się pić- na szczęście organizator zapewnił pakiet regeneracyjny m.in. izotonik, batoniki, owoce w papierowej torbie dla każdego. 
A! Zobaczcie jaki świetny medal otrzymałem :


Jeden z ładniejszych z mojej kolekcji :) 
Parę minut przybiegł Michał- ten bieg będzie długo pamiętał ;)
Na koniec ustawiliśmy się w kolejce po standardowy ciepły posiłek, ale za chwilę okazało się, że jest PŁATNY!!! Nie uważam, że wszystko na takich zawodach powinno być za darmo, ale nauczony na innych imprezach sportowych tego, że miska makaronu jest za free niestety mogliśmy się tylko oblizać ;) Żaden z nas nie miał akurat przy sobie 20 złotych :> Na szczęście były wafelki ;)
Podsumowując, Bieg Lwa to bardzo udana impreza sportowa, na pewno będę chciał pojawić się w Tarnowie w przyszłym roku. Ogólnie świetna organizacja, klimat i według mnie wcale niełatwa trasa. Kto był ten wie, a kogo nie było ten



niedziela, 13 kwietnia 2014

Ekonomiczna Piątka- szybkie 5 kilometrów. 13.04.2014


         Ostatni tydzień był zawodowo ciężki. Do tego po półmaratonie w niedzielę nie przeprowadziłem rozbiegania. Biegałem tylko jedynie w piątek. Marne 6 kilometrów. To wszystko sprawiło, że nie spodziewałem się dobrego czasu na Ekonomicznej Piątce. Chciałem tylko przebiec w rozsądnym czasie.
Niedziela, godzina 11. Do biura zawodów od Galerii Malta było około 2 kilometrów. Potruchtałem wolno i spojrzałem na pulsometr. Pomyślałem, że to co pojawiło się na wyświetlaczu to jakiś błąd. Po chwili znów sprawdziłem...
Tętno było tak wysokie jakbym przeprowadzał intensywny trening! Co jest??? Wcześniej usiłowałem sobie wmówić, że zmęczenie które odczuwam to raczej wrażenie...
No cóż. Odebrałem "pakiet"- w kopercie makulatura, chip i numer. Spotkałem się z rzeźnikiem Błażejem i debiutantem Mateuszem. Po krótkiej pogawędce poszliśmy spacerkiem na start.
A tam mnóstwo ludzi! W sumie ostatecznie na mecie sklasyfikowano 682 osób. Błażej poszedł tradycyjnie na przód- strefa poniżej 21 minut ;) Z Mateuszem spróbowaliśmy i udało przejść się parę metrów do przodu.



12:00. Start.
1 km- z racji tego, że byłem ustawiony gdzieś z tyłu cały czas wyprzedzałem/wymijałem. Mnóstwo ludzi, slalom niesamowity z lekkim podbiegiem. Czas 4:32
2 km- jeszcze trochę wymijania, trzymam tempo, mocny wiatr od początku w twarz. 4:31
3 km- odczuwam zmęczenie, staram się pilnować tempa, mimo tego biegnę jednak wolniej 4:35
4 km- mijam prezydenta Poznania, spoglądam na tempo, liczę w myślach, jak utrzymam to będzie dobrze. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Duże zmęczenie, tempo spada, 4:37
5 km- muszę przyspieszyć, będzie życiówka, LICZY SIĘ KAŻDA SEKUNDA! Walczę ze zmęczeniem, jeszcze 500, 400 metrów, widzę metę. Nieduży dystans, ale najtrudniejszy, adrenalina, jeszcze lekko przyspieszam, wpadam na metę. Ostatni kilometr 4:27.
Zatrzymuję zegarek: 22:48 min. Szok! Poprawa życiówki o 30 sekund! Co by było gdybym miał więcej sił!!!!


Po paru minutach na metę wpada debiutant Mateusz, który też bije swoją życiówkę! Błażej pozamiatał i mocno złamał 20 minut! Ten to ma kondycję/zdrowie/geny ;) Na mecie batonik, woda i izotonik w siatce.
I oczywiście ładny medal.



Udane zawody, poprawione rekordy, uśmiechy, zadowolenie. Do następnego razu :)




sobota, 22 marca 2014

Zbiegiemnatury.pl- 22.03.14 życiówka na 5 km :))



Dziś w Poznaniu odbył się ostatni etap z cyklu zawodów zbiegiemnatury.pl. Obiecałem sobie, że wystąpię w przynajmniej czterech z wszystkich sześciu, między innymi po to aby być sklasyfikowanym w rankingu generalnym. Ostatecznie wziąłem udział w pierwszym i ostatnim ;) Wtedy poprawiłem życiówkę o minutę :)
Plany na ten rok są optymistyczne, pierwszy zrealizowałem na Maniackiej i czekam na następne.
W zeszłym tygodniu premiera sezonu odbyła się przy fatalnej pogodzie, miałem nadzieję, że dziś będzie lepiej. Na szczęście warunki do biegania były optymalne :) Chwilę pokropiło, a poza tym około 14C zapowiadało tym razem pogodę jako sprzymierzeńca.
Numer odebrany, chip na bucie zamontowany i potruchtaliśmy na start. Przyjemna mocna rozgrzewka i powoli udaliśmy się do strefy. Wybór strefy poniżej 25 minut, gdzieś na samym przodzie.Chwila ciszy dla niedawno zmarłego biegacza na trasie :(


Start. 
Pierwszy kilometr: 4:40 min.
Spory tłum, wymijanie bokiem.
Drugi kilometr: 4:38 min.
Michał trzyma tempo, biegnę równo z nim.
Trzeci kilometr: 4:47 min.
Za szybkie wcześniejsze tempo, czuję zmęczenie, podbieg. 
Czwarty kilometr: 4:39 min.
Czuję zmęczenie, ale widzę aktualne średnie tempo, jak utrzymam poprawię życiówkę. Będzie trudno.
Piąty kilometr: 4:34 min.    
Ostatni kilometr okazuje się najszybszym, ledwo udaje mi się utrzymać tempo. Tętno podchodzi do 197 uderzeń serca. Biegnę na absolutnie maksymalnych obrotach. Wpadam na metę.
Jest życiówka: 23:18 !!! Zachwycony!!
Michał tradycyjnie przede mną, złamał 23 minuty. Na mecie super drożdżówka, ciepła herbata i miłe spotkanie z Kasią z Kasiulkowy Blog- pozdrawiam :)
Czas 23:18
Miejsce 317/702
Biegłem w (przeczytaj recenzje):

niedziela, 16 marca 2014

X Maniacka Dziesiątka- z życiówką :)



      Długo wyczekiwane, pierwsze, zawody w tym roku. Dziesiąta edycja poznańskiej Maniackiej Dziesiątki, którą ukończyło ostatecznie 3153 osób. Do tej pory nie brałem udziału w tak licznym biegu, ale po kolei.
2 dni przed zawodami otrzymałem przypomnienie smsem z informacją o numerze startowym, dniu oraz godzinach kiedy można odebrać pakiet startowy. Zdecydowaliśmy odebrać go dzień wcześniej i przy okazji trochę potruchtać. Wtedy, mimo tego, że był praktycznie wieczór, pogoda była przyjemna. Organizacja podczas wydawania pakietów była perfekcyjna. Były do wyboru skarpetki albo bidon Asics- wziąłem to drugie.
Wszystkie ostatnie treningi odbywały się w bardzo przyzwoitych warunkach pogodowych, a wszędzie straszyli, że sobota będzie fatalna, a ja w to nie wierzyłem.
Sobota. 8.00
Obudził mnie świst wiatru. Dodam, że mam bardzo szczelne okna... Wyjrzałem przez szybę, a choinki tak się wyginały, że układały się prawie równolegle w stosunku do ziemi, a więc mówili w TV prawdę ;) Myślę, sobie że do startu jeszcze jakieś cztery godziny, to może wiatr ucichnie.
Plany.
Co tu dużo mówić, cel był jeden- poprawić życiówkę. W końcu po dłuugiej przerwie miał biec Michał, nasz zając, który miał nadawać tempo!



        Potruchtaliśmy z chłopakami w stronę startu. Tak wiało, że czasem ciężko było oddychać, świetnie :)
Biegaczy mnóstwo! Start podzielony na parę stref (przy zapisie należało podać swoją życiówkę na 10km, według tego organizator przydzielał do konkretnej strefy, której symbol widniał na numerze startowym).
Poklepaliśmy się parę razy życząc powodzenia i czekaliśmy na wystrzał z armaty. Boom!
Ruszyliśmy!
Wiało, czasem nawet bardzo, ale nie było najgorzej. Pierwszy kilometr minął niepostrzeżenie. Cały czas kontrola tempa (warto mieć zegarek z GPS). Wiatr wiał z każdej możliwej strony. Spokój był kiedy biegliśmy między kamienicami na Garbarach. Co jakiś czas kropiło, ale największym zaskoczeniem był mocny grad, który pojawił się nagle, pokłuł twarze, a później tak samo szybko zniknął.
Cały czas Michał nadawał tempo. Do momentu kiedy zawracaliśmy przy Starym Browarze. Źle nastąpił na krawężnik i przekrzywiła się noga w kostce i został w tyle (ale był też inny powód... KOLKA... tak to jest jak się spożywa nowy żel przed startem!!!)
Michał, nasz zając odpadł i trochę koncepcja się zmieniła, ale cel pozostał ten sam.
Mocne zmęczenie poczułem na siódmym kilometrze, ale to był jedyny słabszy moment.
Wiatr nadal wiał, zaczęło padać, na ulicach utworzyły się kałuże, czasem trzeba było skakać.
Od ósmego kilometra można było myśleć powoli o mecie, wiatr o dziwo czasem mocno wiał w plecy i w końcu zaczął grać na naszą korzyść.
Ostatni kilometr tradycyjnie był najszybszy i na metę wpadłem z czasem netto 49:17 min, poprawiając swoją życiówkę o 10 sekund.
Miejsce 1362/3153


      Czuję lekki niedosyt, ponieważ spodziewałem się trochę lepszego wyniku, ale z drugiej strony wiem, że jeszcze nie jestem w szczytowej formie i wynik ten na pewno poprawię. Patrząc optymistycznie na pierwszych  zawodach w tym roku poprawiłem swój wynik i plan został wykonany :)
Dobrze przepracowana zima, dzięki Fabryce Formy- polecam zajęcia spinningowe na wzmocnienie nóg.
Dziś regeneracja, ale już myślę o zbiegiemnatury.pl i Półmaratonie w Poznaniu. To są dwa najbliższe wyzwania- trzymajcie kciuki :)


Biegłem z pomocą takich rzeczy- przeczytaj moje testy:
- skarpety kompresyjne
- opaski kompresyjne

poniedziałek, 11 listopada 2013

3 Luboński Bieg Niepodległości 10km



11 listopad 2013, to  dzień przedostatnich zawodów w których brałem udział w tym roku. Wybór padł na zawody na dystansie 10km w Luboniu.
Raczej nieprzygotowany, ostatni raz biegałem 9 dni temu, wtedy kiedy biłem życiówkę na 5km. Tak, wiem... wstyd, brak systematyki, przyznaję się bez bicia.
Pojechaliśmy z M. i ojcem M. odpowiednio wcześnie żeby odebrać pakiet startowy. W pakiecie duża garść zbędnych ulotek, izotonik oraz koszulka techniczna.


Wszędzie mnóstwo biegaczek i biegaczy, w końcu zapisało się 1200 osób. Odbiór pakietów znajdował się w Ośrodku Sportu i Rekreacji. Świetnie zorganizowany, ale trochę dziwi fakt odbioru koszulki w innym miejscu, czyżby ta mała siatka nie pomieściłaby jej ;)?
Trybuny pełne ludzi, wystawa pucharów, spiker cały czas coś mówiący, stanowisko Garmina i wiele innych atrakcji. Ojciec M. mówi, że jest mu duszno i wychodzi na zewnątrz.
Spotykamy wcześniej też Michała 2 (nie tego Michała, z którym zwykle biegam :), Roberta i Anię.
Chwilę rozmawiamy, a spiker zapraszam na start. Powoli się tam udajemy.
Start i meta super umiejscowiona, jakieś 150 metrów od OSiR.
Na miejscu ponad 30 osób z flagami (osobna kategoria) naszego kraju- w końcu to święto narodowe!
Spiker zdradza, że zaraz odśpiewamy hymn, jakiś szum, obracamy się lekko w lewo i tył, a tam chórek rozpoczął śpiewanie. Niby śpiewa, ale 20 metrów dalej ich nie słychać. Zaśpiewaliśmy za nimi na pół gwizdka, a za chwilę spiker krzyknął, że jeszcze raz i zaintonował. Dopiero za drugim razem nam wyszło, super klimat.
Po chwili nastąpiło odliczanie i wystrzeliliśmy. 100 metrów, 200, 300, słyszę karetkę. Myśli przebiegły..
600, 800m tempo 4:41 na pierwszym kilometrze, przebiegam obok karetki i zauważam M.! Zbiegam z trasy i szybko do niej podbiegam. Okazało się, że karetka przyjechała do ojca M. :( Poczuł się gorzej i zabierają go do szpitala, lekarz powiedział, że jest ok, M. mówi "biegnij".
Wróciłem na trasę ze stratą około 40 sekund. Misja do wykonania- dogonić Michała. Trochę wypadłem z rytmu, mówię sobie skup się!
Podgłośniłem mp3 i zaczynam nadrabianie. Drugi kilometr z postojem wyszedł 5:23. Następnie dość długi zbieg, wykorzystałem chociaż wiem, żeby nie przesadzać. Gonię! Na dłuższych prostych wyglądam Michała, ale jeszcze go nie widzę.
3,4km były jeszcze poniżej 5:00min/km, ale później zaczęły się krótsze i jeden długi podbieg. Na 5km woda, wziąłem kubek, miło że kolega podbiegł i nawet kropelka się nie wylała, pełen profesjonalizm :)
Wypłukałem gardło i wyrzuciłem. Walczę, dobrze że zabrałem czapkę, ponieważ w niektórych miejscach dość mocno wiało (Garmin pokazał odczuwalność temperatury 1C).
6km widzę Michała gdzieś daleko. Muszę go dogonić.
7,8 km średnia 5:18min, czuję zmęczenie. Trochę przyspieszam, Garmin pokazuję: ostatni kilometr, Michał coraz bliżej. Za chwilę wybiegam zza zakrętu (9,3km) dłuuuga prosta, a na końcu META! Gaz do dechy, ostatkiem sił. 9,7 km, zrównuję się z Michałem. Klepię go w ramię i ręką pokazuję, że CIŚNIEMY. Przyspieszamy, zaraz przechodzimy do sprintu i równo wpadamy na metę!!! Michał bije życiówkę o 3 minuty! Wręczenie medalu, swoją drogą naprawdę bardzo ładnego, gratulacje, zadowolenie!
Czekamy chwilę i zaraz szczęśliwa Ania wbiega na metę realizując swój cel. Zachwycona :)))


Szczęśliwi i zmęczeni dostajemy mini rogala, herbatę i udajemy się po posiłek regeneracyjny :)
Zawody świetnie zorganizowane, na pewno pojawię się w Luboniu w przyszłym roku!

Ubiór:
- krótkie spodnie New Balance
- koszulka Nike Pro (1 warstwa)
- cienki polar Quicksilver


Najlepsze zdjęcie z tych zawodów. Pani Maria jest jedyna w swoim rodzaju!!!

poniedziałek, 21 października 2013

Mój debiut w półmaratonie. Szamotuły 2013


Pisałem w poprzednim poście o raczej średnim nastawieniu do mojego debiutu. Przyczyną głównie była słaba forma. Dodatkowo motywator Michał nie mógł pobiec ze względu na problemy ze zdrowiem. Przyznaję, że w ogóle nie miałem ochoty pobiec.  Brakowało tej radości przed startem, a może to było spowodowane świadomością słabej formy.
W każdym razie wieczorem w sobotę w końcu poczułem to "coś" i z pozytywnymi myślami zasnąłem dopiero o 1.00.
Rano wyjechaliśmy tak aby zdążyć odebrać pakiet, ale też żeby nie być za wcześnie jak ostatnio w Nowym Tomyślu ;)
Nie było problemu z zaparkowaniem pod biurem zawodów. Na miejscu w sali gimnastycznej, mimo tłumu ludzi panował raczej porządek przy wydawaniu pakietów.


W pakiecie znajdowała się koszulka (zwyczajna bawełniana- szkoda, będzie do pracy w ogrodzie zamiast biegania :( , jakieś próbki na zwalczanie cellulitu..., bony na posiłek, dzienniczek biegowy i duży plus za czapkę. Zamierzałem kupić, ponieważ ta, którą mam jest za ciepła na bieganie, teraz już nie będę musiał ;)


Miejsce startu biegu znajdowało się na Rynku, dobry pomysł, sporo miejsca. Było nas ponad 1200 osób.


Z M. mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc pospacerowaliśmy. Później rozgrzałem się i nastał czas na dołączenie do startujących. Nie wiedziałem, że miałem fotkę robioną z tyłu. Aśka i Kuba, biegłem w prezencie od Was ;)


W bidonie przygotowane Vitargo.
Zacząłem zgodnie z planem, z resztą miał być raczej monotonny, czyli chciałem utrzymać tempo 5:30. To pozwoliłoby mi osiągnąć wynik poniżej 2h. Dodam, że najwięcej przebiegniętych kilometrów w życiu do wczoraj miałem 15 :D Absolutnie nie wiedziałem jak się zachowają moje nogi, organizmy po 15km, a szczególnie na 21km.
Do ósmego kilometra biegłem według planu równo z dwójką Night Runnersów, ale od ósmego zacząłem odczuwać zmęczenie. Na 10km zameldowałem się z czasem gorszym o 6 minut od swojej życiówki na tym dystansie, wiadomo że gdyby zawody były na takim dystansie to biegłbym szybciej. W pewnym momencie wybiegliśmy na odcinek gdzie z dwóch stron otaczały nas pola i strasznie wiało- przydała się czapka z pakietu, którą zapobiegawczo schowałem do kieszeni :)
55:35 min na 10km, czyli o 35 sekund za wolno więc tragedii nie było.
Jednak podbieg na 14 kilometrze zweryfikował moje plany na zejście poniżej dwóch godzin. Teoretycznie w zanadrzu miałem Vitargo w butelce, które miało mi dodać sił, ale jednak okazuje się, że przy większym wysiłku mój żołądek niezbyt dobrze sobie z nim radzi. Zdałem sobie sprawę, że to ten specyfik był sprawcą rewolucji żołądkowej podczas biegania w triatlonie.
16 km przebiegłem w dramatycznym czasie 6:12,  kończyły się powoli rezerwy, 18 km to już była walka z sobą. Organizmy krzyczał przejdź do marszu, przejdź do marszu. Nigdy w życiu!!! Na 19 km przez około 50 metrów szedłem... puls spadł o parę oczek, ciut odpocząłem. Biegnę, wyprzedza mnie prezydent, Ryszard Grobelny, chwilę przyspieszyłem, ale uciekł mi. Później znów chwila marszu. 20 km. Jeszcze kawałek, który się dłużył i dłużył, a przecież to tylko kilometr. Nareszcie meta, czas, nie patrzę, nie chcę, nie udało się. 2:02:41 h.



Wręczenie medalu, folia od strażaków, wody!!! Nie ma skończyła się!!! Jak to #@$!!!! Jest moja uśmiechnięta M., daje mi Oshee na szczęście. Radość, zrobiłem to, przebiegłem najwięcej w życiu i przy okazji był to półmaraton ;) Usiedliśmy, odpoczynek, parę zdjęć na pamiątkę. Dostawa wody, biorę butelkę. Ustawiliśmy się w kolejce po boloński, placek i herbatę. 20 minut później jesteśmy w jej połowie. Przecież nie będziemy stać tutaj 40 minut! Odpuszczamy, postanawiamy że herbatę wypijemy w domu, a kolejka za nami dwa razy dłuższa niż wcześniej, współczuję tym na końcu.
Właśnie kwestia organizacji. Biuro zawodów, depozyt, toalety, (z szatni i pryszniców nie korzystałem), start, doping (Night Runners rządzili!!!) jak najbardziej okay. Mieli być pacemakerzy i byli. Po raz pierwszy biegłem w połówce więc nie mam doświadczenia, ale mieli tabliczki z przedziałami np. 1:30-2 lub 2-2:30. Czyli teoretycznie ten drugi powinien być przede mną, ale nikogo takiego nie widziałem. I jeszcze kwestia mety. Dziwi fakt, że znalazła się w takim miejscu- bardzo mało przestrzeni dla kibiców, wręcz przeciwnie do startu. Po mimo paru uchybień organizacja zawodów z mojej perspektywy stała na wysokim poziomie.
Podsumowując jestem zadowolony z występu, mimo przekroczenia 2h. Osiągnąłem kolejny cel, który zamierzam poprawić (znacznie!!!) w półmaratonie w kwietniu w Poznaniu :))


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...